Strona Nandiego

foto + graf + blog

Czwartek, 29 czerwca 2017 roku. Imieniny: Benita, Piotr, Paweł



Wrabiamy...

Podrzucanie por.nografii dziecięcej nowym sposobem na skuteczne wrabianie?

Wszechobecna nagonka na powszechnie zakazane (lecz dostępne w Internecie) materiały cyfrowe, takie jak zdjęcia oraz filmy z po.rnografią dziecięcą, trwa w najlepsze. Większość tzw. wysoko rozwiniętych państw zaostrza więc znacząco kary przewidziane za dystrybuowanie, a nawet samo posiadanie tego typu materiałów. Jako sposób na internetową pedofilię wymienia się pomysły tak błyskotliwe, jak powszechne blokowanie dostępu do stron objętych urzędowym zakazem... Komisja Europejska chce nawet karać już za samo (nawet przypadkowe) oglądanie p.ornografii dziecięcej! Wszystko to powoduje, że podrzucanie por.nografii dziecięcej stanie się prawdopodobnie w najbliższym czasie świetną i powszechną metodą na skompromitowanie oraz wrobienie praktycznie dowolnej osoby...

Jeden z pierwszych tego typu przypadków miał niedawno miejsce w Wielkiej Brytanii. Otóż Ilkka Karttunen (Fin z pochodzenia) tak obsesyjnie zadurzył się w swej koleżance z pracy, że postanowił w nowatorski sposób zniechęcić ją do własnego męża. Ilkka włamał się do domu koleżanki znajdującego się w Southend (hrabstwo Essex) i podczas gdy cała rodzina spokojnie spała, intruz pobrał z Internetu za pomocą domowego komputera szereg zdjęć z por.nografią dziecięcą. Następnie włamywacz zabrał twardy dysk z komputera i przesłał go anonimowo (z notką wskazującą na jego właściciela - pana domu) policji.

W wyniku tych działań policja aresztowała niewinnego właściciela domu, który otrzymał między innymi natychmiastowy zakaz widywania własnych dzieci. Na szczęście, policjantom udało się również odnaleźć dowody świadczące o zaangażowaniu w całą sprawę osób trzecich. Ostatecznie więc, to Ilkka Karttunen został aresztowany oraz skazany na cztery i pół roku więzienia.

W celu uzyskania dostępu do docelowego komputera Ilkka włamywał się do domu jego właściciela, przez co pozostawił wiele śladów i ułatwił śledczym ustalenie prawdziwego przebiegu zdarzeń. Jednak w wielu przypadkach umieszczenie określonych plików na dysku docelowego komputera jest niezwykle proste. Jeśli intruz dysponuje fizycznym dostępem do docelowego komputera (komputer znajomych, laptop kolegi z pracy, itp.), to zadanie takie jest niezwykle proste i praktycznie każdy może wykonać tego typu atak.

Zdalne umieszczenie określonych plików na czyimś dysku twardym również nie wydaje się być zadaniem niezwykle trudnym. Intruz może w takim przypadku wykorzystać jeden z klasycznych ataków crackerskich, dający mu pełny dostęp do docelowego systemu, ale może również posłużyć się podstępem lub rozmaitymi metodami socjotechnicznymi.

Intruz mógłby przykładowo podesłać ofierze plik PDF zawierający w sobie kod zdolny do umieszczenia w jej systemie niepożądanych plików. Za pomocą prostych programów pozwalających na ukrywanie dowolnych danych w cyfrowych zdjęciach, możliwe jest również utworzenie dowolnych obrazów (np. takich, by zainteresowały ofiarę i zostały przez nią zachowane na własnym dysku), które będą jednocześnie zawierać w sobie zdjęcia pedofilskie. Metoda ukrywania zdjęć w zdjęciach (steganografia) jest policji znana (doświadczeni specjaliści od informatyki śledczej na pewno nieraz analizowali już dyski twarde przestępców korzystających ze zdobyczy steganografii) i z pewnością policyjni specjaliści, którzy otrzymają donos na rzekomego pedofila, będą w stanie wydobyć ukryte pliki. Właścicielowi komputera trudno jednak będzie przekonać śledczych, że zupełnie nie wiedział o plikach ukrytych wewnątrz plików, które sam na dysku umieścił...

warto zachowac? :P

Jeśli w powyższym pliku ukryłbym zdjęcie pedofilskie, a następnie przesłał go osobie znanej z miłości do kotów, to niemal na pewno miłośnik puszystych zwierzątek zachowa taki zbiór na swym dysku... zapisując tym samym w swoim systemie ukryte przeze mnie zdjęcie.

Czyżby więc znana od lat metoda wpędzania osób w kłopoty z prawem poprzez podrzucanie narkotyków miała definitywnie odejść do lamusa? Wszystko wskazuje na to, że i w tym zakresie jesteśmy obecnie świadkami cyfrowej rewolucji. O wiele skuteczniejsze i wygodniejsze okazuje się bowiem podrzucanie dziecięcej po.rnografii. Oprócz dotkliwych sankcji prawnych, ofiara takiej prowokacji zostanie bowiem z pewnością skazana również na całkowity ostracyzm społeczny, a o to przecież zazwyczaj prowokatorowi również chodzi.

Autor: \m/ojtek

Źródło: Hard Core Security Lab

Znalezione na http://wolnemedia.net/?p=21955

Wspaniała po.rnografia?

(...) TorrentFreak dotarł do nieco szokujących wypowiedzi, jakie zyskały sobie poklask na szwedzkim seminarium poświęconym piractwu, tuż po rajdzie policji na serwerownie The Pirate Bay w Sztokholmie w 2007.

"Dziecięca pornogr.afia jest wspaniała! Jest dobra, bo politycy rozumieją ten temat. Rozgrywając tą kartę, możemy zmusić ich do działania i blokowania stron. Kiedy zaczną, łatwo będzie ich przekonać do blokowania stron na których użytkownicy dzielą się plikami" -entuzjastycznie wypowiadał się Johan Schlüter z Duńskiej Grupy Anty-Pirackiej.

Kiedyś będziemy dysponować gigantycznym filtrem, stworzonym z kooperacji z Międzynarodową Federacją Przemysłu Fonograficznego i Stowarzyszeniem Producentów Muzyki. Cały czas monitorujemy dziecięcą p.ornografię w sieci, aby pokazać politykom, że filtrowanie działa. Dziecięca p.ornografia to coś co rozumieją - rozwinął myśl.

Podsumowując, przemysł muzyczny i inni członkowie lobby pirackiego wykorzystują dziecięcą p.ornografię niczym narzędzie, dzięki któremu mogą wywierać nacisk na polityków. Żaden z nich nie zaryzykuje sprzeciwu wobec działań - oficjalnie - wymierzonych w pedofili, bo było by to publicznym samobójstwem.(...)

Autor: Gniewomir Świechowski ¬ródło: vbeta.pl

Wywiad z wrobionym..

Samson: Nie jestem pedofilem


Nic z tego, co robiłem, nie miało na celu żadnych seks.ualnych gratyfikacji i było sporządzane w zupełnie innym celu. To jest moja linia obrony - mówi "Gazecie" psycholog oskarżany przez prokuraturę o molestowanie dzieci

Co się zdarzyło 27 czerwca 2004 r.?

- Przygotowywałem się do przeprowadzki do nowego mieszkania, które zamierzałem kupić, robiłem remanent papierów. To, co niepotrzebne, wyrzucałem do śmieci. Znalazła się tam też pewna ilość zdjęć, które robiłem moim pacjentom, dwójce czy trójce dzieci, które leczyłem. Wszystkie miały rozpoznany autyzm wczesnodziecięcy. Te zdjęcia wydawały mi się już niepotrzebne, bo napisałem tekst, do którego miały być podstawą, więc po prostu wyniosłem je na śmietnik. Nie miałem uczucia, że popełniam jakiś czyn niewłaściwy. Ktoś znalazł te zdjęcia. Nie wiem kto, może bezdomni, którzy tam grzebią. Wieczorem zachciało mi się lodów. Gdy wracałem do domu, przy śmietniku byli już policjanci. Pojechaliśmy na komendę.

Ile było tych zdjęć, kilkadziesiąt, kilkaset, tysiące?

- Gdzie tam tysiące! Nie powiem dokładnie, powiedzmy, że kilkadziesiąt.

Co na nich było?

- Zdjęcia moich pacjentów w trakcie zajęć terapeutycznych. Chciałem to udokumentować, bo miałem poczucie, że robię nowe rzeczy.

Molestował Pan te dzieci?

- Skądże!

To skąd informacje, że na zdjęciach są wibratory, dotykanie dzieci w okolicach genitaliów?

- Tego nie wiem. Jest faktem, że na kilku zdjęciach znalazły się wibratory, które ja miałem w domu. Nie pamiętam, które z tych dzieci je dopadło, wyciągnęło, bo są to dzieci dość specyficzne, zachowują się dziwnie. Starałem się dokumentować te zachowania. Posługiwałem się m.in. metodą regresji. To polega na cofnięciu się danej osoby do wcześniejszej fazy rozwoju. Podejrzewałem, że u dzieci autystycznych może być ona zaburzona. Chciałem się dowiedzieć, czy moi pacjenci w stadium osiągniętej regresji też wykażą cechy autystyczne, czy nie. Zachęcałem więc do wchodzenia w rolę młodszych dzieci. A ponieważ trudno się z nimi komunikować, stosowałem niewerbalne przekazy, podsuwałem im akcesoria niemowlęctwa - butelki, pieluszki. Niektóre z dzieci chętnie w taką regresję wchodziły - mocząc się, zachowując się jak niemowlęta. I wtedy były w lepszym kontakcie ze światem niż w swoim wieku metrykalnym! Część zdjęć to pokazuje.

Wspomniał Pan, że zdjęcia były podstawą do jakiegoś tekstu. Czy ten tekst jest w prokuraturze?

- Nie. Po przeszukaniu część notatek została w domu, a część jest gdzieś, nie wiem gdzie. Odtworzyłem je z pamięci już w areszcie. Tekst jest w wydawnictwie. Prof. Zbigniew Izdebski zgodził się napisać wstęp. Książka będzie się chyba nazywać "Manowce miłości" i jest poświęcona genezie i możliwości leczenia pedofilii. Ale są też wtręty o pracy z dziećmi autystycznymi.

Media podały, że zaraz po zatrzymaniu powiedział Pan: "Wiem wszystko o tej chorobie, nie miałem siły się już ukrywać".

- Absurd, kompletny. Pisano też, że ja krążyłem wokół tego śmietnika, jakby prowokując zatrzymanie. W ogóle nic takiego nie miało miejsca. Powtarzam: poszedłem po lody. Z komendy wróciliśmy do mieszkania już z nakazem rewizji.

Tego samego dnia?

- Około pół do ósmej. Zabrali się do rewizji, nic mi dalej nie wyjaśniając, do północy grzebali w papierach, dyskietkach, komputerze. Co ciekawe, jak wychodziliśmy, już byli dziennikarze, dostali cynk. I zaczęła się ta kołomyja.

Kiedy było pierwsze przesłuchanie?

- To było takie rozpytanie, jak się potem dowiedziałem.

Przez policję czy prokuratora?

- Policję. W komendzie, o pierwszej, drugiej w nocy. Byłem strasznie zmęczony, nie miałem leków, które regulują poziom cukru. Coś tam odpowiadałem. Oni spisali.

O co pytali?

- Czy ja robiłem te zdjęcia? Powiedziałem, które robiłem. Czy molestowałem dzieci? Powiedziałem, że nie. Podpisałem protokół, właściwie nie czytając.

Przepraszam, ale to brzmi niepoważnie.

- Inteligencja mnie zawiodła, muszę przyznać. Byłem przekonany, że to jakieś nieporozumienie, wyjaśnię i się sprawa skończy. W protokole znalazły się sformułowania, które nie są moje. Jak potem zapoznałem się z aktami, to wszystko wyłapałem i podkreśliłem.

Prostował Pan je podczas pierwszej rozprawy, w czerwcu?

- Tak.

Pojawiła się informacja, że być może Pana namierzono, bo przez internet nawiązywał Pan kontakty z klubami pedofilów.

- Nic podobnego. Tej hipotezie pan prokurator poświęcił tak dużo pracy, że go odsunięto od sprawy, ponieważ koszty były gigantyczne. Zwrócił się aż do ośmiu krajów z zapytaniem na mój temat, w tym do FBI. No, ale nie znalazł dowodów. Nie mogło ich być, bo ja nie nawiązywałem żadnego takiego kontaktu. Owszem, gromadziłem pewne zdjęcia, bo w tej książce jest rozdział o p.ornografii dziecięcej, który jest próbą analizy tego rynku. No, bo jeżeli mówi się, że w Polsce jest cztery tysiące pedofilów, to zainteresowanie takimi stronami w internecie powinno być elitarne, tymczasem ono jest masowe. Stron z por.nografią dziecięcą jest bardzo dużo. Stawiałem więc pytania: czego ci ludzie szukają, jakich fotografii, jakich materiałów, co za tym może stać? Bo z punktu widzenia terapeutycznego i psychologicznego jest interesujące, dlaczego kogoś podniecają seksual.nie zdjęcia niemowląt, a kogoś innego dorastających dzieci. Dlaczego jedni szukają fotografii stóp dzieci, a inni majtek itp. Z moich obserwacji wynika, że w Polsce jest około pół miliona osób, które korzystają ze stron internetowych z dziecięcą por.nografią, płacąc za to. Obejmuje to pełną gamę perwersyjnych zachowań pomiędzy dziećmi, pomiędzy dorosłymi i dziećmi, pomiędzy dziećmi i zwierzętami. Pewna ilość tych zdjęć była na moim dysku, z czego ja nie robiłem tajemnicy, nie ukrywałem się, nie miałem np. żadnych haseł. Natomiast nie korespondowałem z nikim, kto miałby tego rodzaju zainteresowania.

Ale prokurator twierdzi, że Pan prezentował te zdjęcia dzieciom.

- A skąd!

Dziesięć dni po zatrzymaniu prokuratura ogłosiła, że Pan się przyznał do winy.

- Tak.

Przyznał się pan?

- Skąd! Jest nawet w aktach sformułowanie, że się przyznaję - dokładnie jest tak napisane - ewentualnie do jednego z tych zarzutów, i to nie w całej rozciągłości.

Do którego?

- Do sporządzania zdjęć p.ornograficznych. Powiedziałem prokuratorowi, że owszem, robiłem zdjęcia, bo tego nie da się w żaden sposób ukryć, zresztą nie widziałem powodu, ale nie w celach p.ornograficznych. I nie były to zdjęcia por.nograficzne.

A do czego się Pan nie przyznał?

- Do molestowania, do pokazywania dzieciom zdjęć, do "wykorzystywania osób niemogących kierować swoim postępowaniem". Minęło kilka dni i moi przyjaciele psychologowie zwołali konferencję. I w trakcie tej konferencji zostało powiedziane, że przyznałem się do wszystkich zarzutów, choć więcej już nie byłem przesłuchiwany.

Od czerwca 2004 r. był Pan przesłuchiwany tylko dwa razy?

- Raz zaraz na początku i raz przez prokuratora, kiedy przyznałem się do sporządzania zdjęć. Koniec.

Potem był Pan na obserwacji przez biegłych psychiatrów i psychologów w Krakowie.

- Ustalili, że jestem osobą o wysokiej inteligencji, o złożonej osobowości i coś tam jeszcze. Nie jestem niepoczytalny. Wniosków dla sprawy nie ma żadnych.

Pan się do niczego nie przyznaje poza tym, że miał Pan w swoim komputerze zdjęcia z internetu i jakąś pulę zdjęć, które Pan sam wykonał dzieciom, które przychodziły na terapię. To skąd ten akt oskarżenia?

- Ze zdjęć, to jest jedyny materiał dowodowy. Być może wychodzi tu moja lekkomyślność i moja arogancja, ale ja ani przez chwilę nie myślałem o tego rodzaju sprawie, o takich konsekwencjach, ponieważ dzieci nigdy nie były przedmiotem moich jakichkolwiek fascynacji se.ksualnych. Sam mam dziecko, sam je wychowywałem przez długi czas. Poza tym ja pracuję w zawodzie ponad 30 lat i przez te wszystkie lata miałem nieograniczony dostęp do dzieci. To czemuż do licha miałbym teraz nagle przejawić jakieś niezdrowe zainteresowanie dwójką dzieci, malutkich, bardzo chorych?

Dwójką czy czwórką? Oficjalnie informowano, że przesłuchano czwórkę małych pacjentów.

- Dwójkę. Bo druga dwójka została przesłuchana niejako przy okazji, ponieważ trafiono na zapis na ich temat. Ale te dzieci powiedziały, że o nic nie chodzi. Zresztą wszystkie dawały to do zrozumienia. Nie ma żadnej opinii, że jakiekolwiek dzieci były przeze mnie molestowane. Biegli psychologowie się wypowiadają, że może mogły być, ale niekoniecznie. Bo mogły być inne przyczyny pewnych zachowań tych dzieci.

Oskarżycielką posiłkową jest matka jednego z autystycznych dzieci.

- To odrębna sprawa. Otóż w stosunku do Leszka [imię zmienione - red.] stosowałem inną jeszcze technikę. Muszę wpierw przedstawić pewne rozumowanie. Dzieci autystyczne mają zachowania patologiczne nabudowane na jakiejś podstawie, rozumiemy się?

Nie wiem, co ma być tą podstawą. ¬ródła tej choroby nie są znane.

- Dziecko autystyczne do drugiego roku rozwija się normalnie, potem zaczyna się proces chorobowy. Charakterystyczne, że te dzieci zachowują coś z wcześniejszych, jeszcze nie chorobowych doświadczeń, np. takie podstawowe doświadczenie jak identyfikacja płci. Nawet jeśli dziecko jest autystyczne, wie, że jest chłopcem lub dziewczynką. Więc sobie pomyślałem: a co by było, gdybyśmy zanegowali te pierwotne informacje o płci dziecka? Czy zachowania, które się wtedy pojawią, też będą autystyczne? A może nie?

Stąd przebieranie chłopców w sukienki, widoczne na zdjęciach.

- Tak. Próbowałem to też robić prościej, mówiłem po prostu - od dzisiaj jesteś dziewczynką, chłopcem. I zwracałem się konsekwentnie jak do osoby innej płci. Miałem pacjentkę, która kompletnie nie zareagowała. Ale Leszek niezwykle chętnie w to wchodził. Wręcz się dopominał, stroił się i jako dziewczynka stawał się jakby innym człowiekiem niż jako Leszek. Wychodził z autyzmu!

Te dziwne metody służyły tylko temu, by wyprowadzić dzieci z autyzmu?

- Tak. Złapać z nimi kontakt. W przypadku Leszka się udało. On chodzi w tej chwili do normalnej szkoły. A jak przyszedł do mnie, to w ogóle nic nie mówił, tylko trzaskał drzwiami. Ale jego przypadek jest bardziej skomplikowany, tam była trudna sytuacja rodzinna, rodzice się rozstali. Moim zdaniem lwia część zachowań, które prezentował Leszek, była związana z sytuacją rodzinną. A jego matka okazała się pazerna na pieniądze.

To ta pani, która domaga się odszkodowania?

- Tak. 300 tysięcy złotych! To jakiś absurd. Ale na szczęście jest opinia ośrodka Synapsis o wycofaniu się z diagnozy autyzmu po mojej terapii. Ja mu pomogłem, Leszek chodzi do szkoły, jest w miarę normalnym dzieckiem.

Długo Pan chłopca prowadził?

- Jakieś dwa lata.

A inne dzieci, które Pan przebierał?

- Znacznie krócej, bo u dziewczynki, która jest też jedną z głównych postaci sprawy, po prostu nic to nie dawało... To się skończyło już jakieś dwa czy trzy lata temu. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć, jak ona się nazywa, bo wpisywałem tylko imię dziecka.

Współpracował Pan z prokuratorem, mówiąc, kto jest na zdjęciach?

- Tak.

Ile osób wskazanych przez Pana zdecydowało się zeznawać przeciwko Panu?

- Przeciwko właściwie nikt. Jedno dziecko wyjechało do Nowej Zelandii, pan prokurator prowadził długą korespondencję i rozmowy telefoniczne. Rodzice w ogóle nie zeznają przeciwko mnie. Praktycznie nie ma zeznań przeciwko mnie oprócz roszczeń matki Leszka o odszkodowanie. Co zresztą było dla mnie podwójnie przykre, bo przez długi czas, gdy była w konflikcie z mężem, nie płaciła za terapię. Prowadziłem za darmo, bo uważałem, że nie powinienem przerywać.

Dlaczego więc prokuratura stawia Panu cztery poważne zarzuty?

- Myślę, że prokuratura znalazła się pod pręgierzem opinii. Może gdybym był sobie szarym panem Andrzejem S., toby mi się przyjrzeli i ewentualnie wyjaśnili parę niejasności. Ale od momentu aresztowania sprawie towarzyszy ogromny szum medialny. Już na drugi dzień w 'Fakcie' i 'Super Expressie' była sensacja na pierwszej stronie. Tak samo jest z moim aresztem. Siedzę dlatego, że jestem tym, kim jestem. Przecież dochodzenie zostało zakończone. Przecież ja nie będę uciekał. Prokuratura się znalazła w sytuacji ucznia czarnoksiężnika - rozpętała wielką sprawę. Pamiętam, jak Piotr Najsztub pisał w 'Przekroju': będziemy patrzeć prokuraturze na ręce, czy ta sprawa się nie odleży, czy nie będzie manipulowana. No i zaczęły się gwałtowne poszukiwania, badania moich włosów, w centralnym laboratorium kryminalistycznym dokonywano wszechstronnej analizy mojego ciała (śmiech), podczas gdy na niektórych zdjęciach jest widoczna tylko część mojej ręki.

Z charakterystyczną blizną - jak pisała prasa.

- Ja nie mam żadnej blizny! To wszystko są poszukiwania na siłę. I te pytania do FBI, sprawdzanie, czy aby nie jestem znany na terenie Niemiec jako handlarz por.nografii!

Ale gromadził Pan zdjęcia p.ornograficzne dzieci, prokurator poszedł tym tropem. Jak Pan je zbierał?

- W najprostszy sposób. Ani mnie nie było stać, ani nie chciałem płacić za te strony, bo to jest drogie, więc wykorzystywałem materiały reklamowe, te strony reklamują się w internecie, dają próbki swej zawartości. Utrwalałem to na dysku. Napisałem artykuł, próbę wyjaśnienia, co to jest p.ornografia, bo nie ma definicji. Zaproponowałem, żeby powstało coś na kształt kodeksu, który kiedyś funkcjonował w Hollywood. Czyli nie dajemy definicji, tylko mówimy: jak na zdjęciu jest facet, który całuje panienkę z języczkiem, to zdjęcie nie może się ukazać. Jeżeli pokazuje się w zbliżeniu dziecięce narządy płciowe, a nie jest to podręcznik ginekologii, to jest to zabronione. Dziecko w czasie defekacji - zabronione itd.

Do oceny tego, czy moje zdjęcia są po.rnograficzne, zostali powołani biegli z Łodzi, którzy zażyczyli sobie za tę usługę 20 tys. zł, ale nie dostali pieniędzy. Więc dano to młodemu lekarzowi se.ksuologowi, nieopierzonemu jeszcze. Stwierdził, że część zdjęć to por.nografia, a część nie. To wszystko jest do dyskusji.

To jak będzie się Pan bronił w sądzie? Zażąda powołania nowych biegłych?

- Na razie powtórzyłem przed sądem, że nic z tego, co robiłem, nie miało na celu żadnych seksu.alnych gratyfikacji i że było sporządzane w zupełnie innym celu. No i tyle, to jest właściwie cała linia obrony. Nie widzę, co by tu można innego wymyślić - nie jestem wariatem, nie jestem jakimś dziwadłem.

Ja wewnętrznie wiem, że niczego takiego, o co zostałem oskarżony, nie zrobiłem. Nie zostałem na niczym przyłapany i nie próbuję się z tego tłumaczyć sam przed sobą.

Ale opinie biegłych Pana obciążają.

- Biegli używają np. takich sformułowań, że dane dziecko czasami nie wykazuje cech dziecka molestowanego. Już pomijając to, że wymienianie cech dziecka molestowanego jest czymś ryzykownym, bo takowa lista nie istnieje.

W bogatej literaturze przedmiotu są takie zestawienia. Wiadomo np., że ofiara wstydzi się, a nawet czuje winna temu, co ją spotkało, cierpi. Fundacja Dzieci Niczyje posługuje się taką listą.

- Tak, zrobioną przez panie z tej fundacji. Te opinie mówią np. o Leszku, że dziecko się źle wyrabia w kontaktach społecznych. Ono się kiedyś w ogóle nie wyrabiało w kontaktach społecznych. Z tych opinii nic tak naprawdę nie wynika.

Pan interesuje się pedofilią. Psychologowie doszukują się pedofilskich skłonności także w Pana przeszłości. Wspomnę o dwóch takich interpretacjach. Niezwykle ostro atakuje Pan system oświatowy, jak gdyby stawiał się Pan po stronie dzieci w konflikcie ze światem dorosłych.

- W jakimś sensie tak.

Czytałem opinię, że to może być pewien sygnał...

- ...a ja mogę postawić hipotezę, że jeśli pan gasi tak papierosa (gasi, naciskając na żar zdecydowanym ruchem od góry), a nie tak (puka o brzeg popielniczki), to może świadczyć o tym, że w dzieciństwie często pan trzymał się za siusiaka (pokazuje jak). Ja po prostu uważam, że polska szkoła jest zła. Mówiłem to w trosce, żeby była lepsza i mądrzejsza. Napisałem książkę '20 tysięcy godzin w budzie', która jest trochę kpiąca, trochę zabawna, ale zawiera poważne zarzuty co do wyszkolenia nauczycieli.

Drugi przykład. Pana powieść "Miska szklanych kulek"...

- ...którą opublikowałem kawał czasu temu. Że niby jest to mój zakamuflowany pamiętnik. Co ja mogę powiedzieć?

Cytowano np. zdanie: "Napisałem pięć książek i zostałem Bogiem", liczba tych książek pasuje do Pana biografii.

- No, bez przesady. Nieuniknione są wątki autobiograficzne, bo skąd ja mam czerpać jak nie z własnego doświadczenia? Ale te zdania, wyrwane z kontekstu, nie mają ze mną nic wspólnego.

O czym jest ta książka?

- Ostrzegam przed manipulacją ze strony takich ludzi jak psychologowie, psychiatrzy, osoby w jakiś sposób opiniotwórcze czy przywódcy religijni. Oczywiście, że są tam wątki biograficzne, ale ogromna część jest tworem wyobraźni. Niektórzy negatywni bohaterowie mojej książki wykazują pewne elementy pedofilii, ale jest to przeze mnie raczej podkreślone jako zepsucie tych ludzi.

Zacząłem o pedofilii pisać, tym się zajmować, również pod wpływem tego, że zgłaszali się do mnie ludzie z taką przypadłością, prosząc o pomoc. Nie umiałem im na początku pomóc, bo pedofilia to temat tabu, o tym się nie dyskutuje w kręgu fachowców. A jeszcze w ostatnich latach, w związku z obecnym klimatem społecznym, powstała gromada, jak ja to nazywam, "ciotek rewolucji", które rade by ukrzyżować każdego człowieka mającego tego rodzaju problemy. Krzyczą bez przerwy, że nie należy nic robić, tylko karać, chociaż wiadomo, że kara w tych przypadkach nie jest skuteczna. Chodzi właściwie o część osobowości danego człowieka. I unicestwienie jej pod wpływem kary równałoby się unicestwieniu tych ludzi. Oczywiście można próbować doprowadzić do jakichś rezultatów terapeutycznych, ale na pewno nie tą drogą.

U nas zazwyczaj używa się sformułowania, również o mnie, "Andrzej S. podejrzany o pedofilię". Pedofilia jest terminem par excellence medycznym. To jest jednostka kliniczna, to słowo figuruje w spisie chorób. Nie można powiedzieć, że ktoś jest podejrzany o schizofrenię albo na przykład skazany z powodu schizofrenii. Może zostać skazany za pewne czyny, które popełnił z pobudek chorobowych, i wtedy stosuje się nadzwyczajne złagodzenia kary. Nasz kodeks karny w żadnym miejscu nie używa słowa pedofilia, za to wszyscy prawnicy czy dziennikarze namiętnie używają tego słowa jako inwektywy.

Chyba nie sądził Pan, że dziennikarze będą używali zapisanego w kodeksie sformułowania "inne czynności s.eksualne".

- To też nie jest szczęśliwe sformułowanie, ale już lepsze... Przed aresztowaniem miałem pacjenta, który przyjechał do mnie i powiada: moje własne dzieci interesują mnie od strony seks.ualnej. Ja się tego strasznie boję, ale to jest we mnie. Potraktowałem to jako dowód zaufania, zresztą ja mam dobrą markę u pacjentów, że jestem dyskretny. A gdyby on miał się zgłosić do poradni i powiedzieć: jestem pedofil, to jest to niewyobrażalne. Tak potężny jest lęk przed infamią, ostracyzmem społecznym.

Dziwi się Pan? Przecież chodzi tu o krzywdę dziecka. To naturalne, że całą tę sferę otacza ostracyzm, lęk i wręcz agresja społeczeństwa.

- Ale my mówimy o chorobie!

Nawet jeżeli to jest choroba, to mamy prawo się bać pedofilów.

- Wcale nie jest oczywiste, że każde zachowanie seksua.lne osoby dorosłej wobec dziecka jest urazem.

Co takiego?! Nie jest urazem dla dziecka?!

- Dla dziecka tak. Ale u nas się w ogóle nie próbuje badać tej sfery, bo to już jest podejrzane. Natomiast czytałem np. o badaniach prowadzonych w Izraelu - kiedy tym nieszczęsnym czynnościom s.eksualnym towarzyszy przemoc lub jeżeli odbywa się to w obrębie najbliższej rodziny, czyli jest to kazirodztwo, to uraz jest zawsze. Ale do więzień trafiają najczęściej osoby, które wykazywały zachowania pedofilne w sposób zastępczy.

Cóż to znaczy?!

- Ludzie niedorozwinięci umysłowo, alkoholicy, tacy, którzy przez dłuższy czas nie mieli możliwości zaspokojenia potrzeb seksualny.ch i dlatego obierają obiekt zastępczy, jakim jest dziecko.

W areszcie pojawia się adwokat Andrzeja Samsona. Jest zaskoczony, że jego klient rozmawia z dziennikarzem, na kilka minut rozmowa zostaje przerwana.

Skąd się właściwie wzięły te Pana zainteresowania pedofilią?

- Tacy pacjenci do mnie przychodzili. To się też trochę wiąże z moim kolczastym charakterem, mnie zawsze interesowały sprawy trudne - pracowałem ze schizofrenikami, z anorektyczkami (teraz moje pacjentki zostały osierocone), z autyzmem, z zaburzeniem identyfikacji płciowej.

W książce "Manowce miłości" twierdzi Pan, że pedofilów trzeba leczyć, a nie karać.

- Tego rodzaju książka może być ewenementem na polskim rynku. Traktuję temat szerzej. Dużo piszę, nie tyle, że trzeba, ale też jak leczyć. Opisuję konkretne terapeutyczne procedury, sprawdzone, głównie w USA.

Terapia, nie chemia.

- Chemia nic nie daje, co zostało sprawdzone. To jest niepokojący nurt w polskich dążeniach ustawodawczych, bo to czysty faszyzm, żeby komuś podawać chemiczne środki, które uszkadzają jego libido. Po prostu zamach na prawa człowieka.

Panu ktoś zaproponował terapię?

- Nie. Wątpię, żeby się ktoś taki znalazł. Moi koledzy nie chcieli, zresztą nie wiem. Na przykład dr Stanisław Telesiński... (czy Teleśnicki? - dop. Nandi)

Szef zespołu biegłych, którzy Pana badali...

- Tak, zresztą dobry fachowiec, takie mam wrażenie. Mądry człowiek, miał nieprzyjemności z mego powodu. Jak tylko wylądowałem w Krakowie, to tamtejsza prasa podniosła krzyk, że dr Telesiński ma jakieś układy ze mną. Wyciągnięto mu też sprawę jakiejś opinii, żądano, by prokuratura apelacyjna sprawdziła wszystkie jego opinie. On się tłumaczył. Przykro mi z tego powodu. To było takie bezpardonowe urabianie, że każdy, kto się otrze o tę sprawę, dostanie w d...

Skąd taka reakcja?

- Nie wiem. Żyjąc tak, jak żyłem, byłem nieświadomy swojej popularności, choć wiedziałem, że ludzie na ulicy mówią mi dzień dobry czy dziękują za taką czy inną książkę. Poza tym ja zawsze mówiłem, co myślę, i naraziłem się wielu ludziom z prasy. Ale niektóre rzeczy są dla mnie zdumiewające, bo na przykład naczelny "Super Expressu" jest moim znajomym od 20 lat, a teraz...

Jedna z tez "Faktu" brzmi: "molestował, żeby zapomnieć o piciu".

- No tak.

Rzeczywiście Pan pił, prawda?

- Ale gdybym był takim pijakiem, tobym nie miał takiego wzięcia. Ale ja przecież tym ludziom naprawdę pomagałem! Mam tego żywe dowody, dostaję wiele listów od pacjentów z poparciem, z pozdrowieniami, nie wszyscy uwierzyli w te kalumnie.

A jak Pan postrzega postawę środowiska psychologów?

- ¦rodowisko jest oszczędne, czeka na wyjaśnienia. To jest OK. Ale jak zawsze w takiej sytuacji okazuje się, kto ma jaki format. Rozmaite miernoty się wypowiedziały. Część tych ludzi miała zresztą osobiście ze mną na pieńku, bo ja jestem superwizorem krajowym i cofałem im np. licencje, bo się nie nadają do zawodu.

Jak się zakończy Pana sprawa?

- Nie mam pojęcia. Mam obawy, że sąd się spieszy, ponieważ chce mnie skazać jako przykład, jako memento. Pokazać, że dla nas nie ma za wysokich progów.

???

- Że przed wymiarem sprawiedliwości nie uchroni się żaden prominent. Widzę taką linię, choćby w tym, że ani sąd, ani prokuratura nie przychyliły się do żadnego z moich wniosków.

Czego się Pan domagał? Uchylenia aresztu?

- Na początku nie. Nawet uważałem, że to szczęśliwy zbieg okoliczności. W areszcie byłem dobrze schowany przed prasą. Potem jednak zacząłem ostro chorować. Ale w sumie ten tryb, w izolacji, jest bezpieczny. Jest mi całkowicie na rękę.

Siedzi Pan z innymi podobnymi "przypadkami"?

- Z reguły jest to jeszcze jedna osoba i zdarzyło mi się siedzieć z trzema po kolei facetami, których żony oskarżyły o molestowanie własnych dzieci. W jednym przypadku chodziło o mieszkanie, w drugim o działkę. Żeby załatwić faceta. Nastrój jest taki, że nie ma dziś nic prostszego. Jeszcze przed aresztowaniem brałem udział w takiej sprawie, zresztą relacjonowanej w mediach, gdzie dwie dziewczynki z piątej klasy oskarżyły nauczyciela o molestowanie se.ksualne. Facet został aresztowany, wielkie larum w miasteczku itd. Po czym te dzieci przyduszone przez rozsądnego prokuratura przyznały się, że wymyśliły to sobie, bo pan ich gnębił z matematyki. Facet został uniewinniony. Rozmawiałem z nim. Pytał: kto mi teraz da pracę, jak ja w ogóle popatrzę ludziom w oczy? Dokładnie tak samo jest w moim przypadku.

Tutaj dużo pracuję. Teraz nie, bo się źle czuję, ale napisałem dwie książki. Tę, o której wspomniałem, i czystą literaturę, zbiór opowiadań.

O czym?

- Pierwsze opowiadanie osnute jest na tle informacji z telewizji o samobójstwie pary nastolatków. Powiesili się twarzami do siebie, gdzieś koło Suwałk, w lesie. Fikcyjnie odtwarzam ich los, opowiadam o możliwych mechanizmach psychologicznych, które doprowadzają do takiego końca. "Dziennik snów Marioli G." jest zapisem snów prowadzonym na prośbę psychologa przez dziewczynę w pogotowiu opiekuńczym, sierotę o przeszłości przestępczej. A trzecie, "Widziane z dołu", to opis wojny między rodzicami widzianej oczami dziecka. Zastosowałem taki chwyt, że ten chłopiec fantazjuje, że to jest naprawdę wojna - budzi się pewnego dnia i widzi postrzelany sufit, wybite okna, zrujnowaną łazienkę. Potem przychodzi mamusia uzbrojona po zęby. Groteska, ale smutna groteska.

Jak Pan się dziś definiuje?

- Jako osoba martwa. Martwa socjalnie, cywilnie. Perspektywy mam marne. Prawie nie ma co myśleć o powrocie do zawodu.

Ma Pan do kogo wracać?

- Do rodziny na pewno. Moja była żona skrzętnie zajmuje się moimi sprawami. Mam córkę, już 22-letnią. Poprosiłem właśnie, żeby mi przyniosła troszkę sera, tutaj się tego nie dostaje.

Chce Pan już wyjść?

- Już się zadomowiłem, jestem osobą tutaj trochę lubianą, szanowaną. Nikt mi nie robi żadnych krzywd ani krzywości, nie mogę się skarżyć na służbę więzienną. Jedyny problem to zdrowie. Nie wyrywam się na tę wolność, bo wcale jej różowo nie widzę. Nie wiem, z czego będę żył, może z pisania, ale nie jest to łatwe.

Zostanie Pan na zawsze doktorem Szokiem.

- Nie chciałbym. To jest ohydne, ten tytuł. Pamiętam te ramki w tabloidach, w których miały się znaleźć fotografie moich "współklubowiczów", oczywiście też pedofilów. To paranoja! Ale na początku i pan prokurator, i szef ochrony aresztu wielokrotnie pytali, czy ja przewiduję, że jeszcze będą zatrzymania w tej sprawie. Czy ja przewiduję?! Bali się, że mam jakieś koneksje, kogoś sypnę.

Kogoś znanego?

- No tak, polityka, mecenasa. Nie wiem.

Powtórzyłby Pan dziś te same eksperymenty z pacjentami?

- Oczywiście. Nie mam wątpliwości, że w takiej sprawie jak autyzm, który jest wielką zagadką, badacze dbają na ogół przede wszystkim o zabezpieczenie swojej pupy, a nie o to, żeby coś nowego... Dlatego podoba mi się norweska szkoła. Stwierdza, że autyzm jest zaburzeniem relacji między światem a jednostką. Dotychczasowe metody stawiały prawa i zachowania jednostki na czele. Mówiliśmy: podążaj za dzieckiem, wczuwaj się w to, co ono mówi. Norwegowie mówią inaczej: umysł autystyka jest pusty. Ma pan kota może?

Moja mama ma.

- Ja mam kotkę, bardzo kochaną, i często widziałem, jak ona gdzieś tam idzie i nagle staje, podskakuje na czterech łapach, jakby przeżywała halucynacje. Nie wiem, co jest w umyśle tego kota, ale nie spodziewam się, że tam jest Bóg wie co. Norwegowie mówią, że umysł autystyka jest wypełniony miazgą psychiczną. Dlatego za autystykiem nie trzeba podążać, tylko trzeba się z nim konfrontować, trzeba go przełamywać, nawet ukarać za pewne rzeczy, na które on sobie pozwala, tak jak karzemy kotkę. To wymaga ryzyka, śmielszej penetracji wszystkich spraw związanych z sek.sem, z płciowością, które są wciąż słabo poznane i wcale nie takie oczywiste.

Pan kiedyś zdradził swoje kredo życiowe: "nie zmieniaj swego umysłu, błąd tkwi w rzeczywistości". To bardzo zadufane.

- Może dzisiaj bym się w pełni pod tym nie podpisał. Często byłem pochopny w sądach, arogancki, czasami dla puenty, zgrabnego powiedzonka odpuszczałem sobie parę innych, ważnych rzeczy. Lubiłem zabłysnąć.

Skutkiem ubocznym Pana historii jest odwrót ludzi od psychoterapeutów, nadszarpnięcie zaufania do zawodu psychologa.

- Ja się czuję winny wielu rzeczy, na przykład, że odium padło na moją rodzinę, że im zrobiłem taki numer, że się muszą wstydzić. Że za pośrednictwem mediów wykorzystane to zostało do zdezawuowania zawodu. To jest mój dług wobec tego środowiska i jak mi się kiedykolwiek uda pozbierać, to będę chciał go spłacić, nie wiem czy przez publikację, nie wiem jeszcze jak.

Jest chyba jedna droga - oczyszczenie z zarzutów.

- To może nie być takie proste.

Bo?

- Tego rodzaju sprawy są od strony prawnej sprawami poszlakowymi. Wiele rzeczy zależy od interpretacji pewnych danych, które mogą świadczyć o innych faktach, nawet jeśli tych faktów nie ma. Można moje słowa zinterpretować jako treści wypowiadane post factum, żeby oczyścić się z zarzutów. A tak naprawdę to jestem stary pedofil, który chytrze, gustując w autystycznych dzieciach, zaspokajał swoje zboczone ochoty. Tego się boję. Pan widział ten artykuł w "Fakcie", który zaczyna się od słów: "wiemy już, kto skaże Andrzeja S."? Jest w tym myśl: no, niech spróbuje go nie skazać.

Rozmawiał Bogdan Wróblewski

źródło: http://www.hardzone.pl/forum/

P.orno zamiast bajki

Dzieci powinny oglądać filmy... pornograf.iczne. Im wcześniej tym lepiej! - twierdzą norwescy psychologowie.

Kontrowersyjne wnioski opublikowali na łamach 'VG Nett'. Seanse filmowe powinny odbywać się w towarzystwie dorosłych, którzy później podyskutują z pociechami o tym co razem oglądali. 'Ciekawość jest zdrową częścią rozwoju dziecka. P.orno nie wywołuje traumy u malców' -przekonuje se.ksuolog Thomas J. Winther. Nikt nie poleca sadomaso ani innych hardcorów. Chodzi o tzw. zdrową poornografię.

'Kiedy dzieci wcześnie zaspokoją swoją ciekawość, w późniejszym wieku rzadziej będą szukać podobnych treści w internecie, a takie samodzielne poszukiwania są gorsze dla ich rozwoju' - dodają norwescy specjaliści.

źródło: 'Fakty i Mity' Nr 1(670) 4-10 I 2013

 

Komentarze

Dodaj komentarz:   [podstrona: art_pd]

Nick / Imię:

Treść komentarza: (max 1000 znaków)



Przepisz powyższe cyfry:

 

Użytkowniku, pamietaj, że w internecie nie jesteś anonimowy.
Ponosisz pełną odpowiedzialność za treści zamieszczane w swoich komentarzach.
Jeśli zauważyłeś, że któraś z opinii łamie prawo lub dobre obyczaje
[powiadom mnie o tym]
Usuwam przypadki nadużyć, umieszczania reklam, linków do stron www, wulgaryzmów lub treści naruszających prawo.

 

ilość komentarzy: 0



^ ^ Do góry - hop! ^ ^