Strona Nandiego

foto + graf + blog (od 1997 roku)

Niedziela, 17 stycznia 2021 roku. Imieniny: Marian, Jan, Antoni



Wiązanka pięciu bajglów - Lidia Dürr (Zakrzewska)

Lidia Durr

Lidia Dürr (Zakrzewska), częstochowianka, urodzona w 1924 r. Jej rodzice: Janina z d. Murzynowska i Edmund Dürr - major WP. Lata szkolne spędziła w gimnazjum żeńskim im. J. Słowackiego, a od 1937 r. w Warszawie, gdzie jej ojciec po zakończeniu służby wojskowej objął funkcję nadkomisarza Policji Państwowej. Po wybuchu II wojny światowej znalazł się na Kresach Wschodnich i został zamordowany przez bolszewickie NKWD 22 kwietnia 1940 r. w Miednoje.

Lata okupacyjne Lidii to nauka na kompletach tajnego nauczania w Warszawie, kształcenie pianistyczne u prof. Trombini-Kazuro oraz aktywna działalność konspiracyjna. Walczyła w Powstaniu Warszawskim jako łączniczka 3 Batalionu Pancernego AK (Krzyż Walecznych). Z obozu jenieckiego wyzwoliły ją wojska brytyjskie. Znalazła się w Londynie. Tam ukończyła studia pianistyczne w Guildhall School of Music and Drama. Zawarła związek małżeński i wyemigrowała do USA. Została matką czterech synów, których jednak przyszło jej wychowywać już samotnie w trudnych warunkach materialnych. Podjęła pracę pedagoga muzycznego w Keene State College w New Hampshire, a następnie w konserwatorium w Bostonie.

Mimo kłopotów osobistych zaliczyła jeszcze studia rzeźby u prof Mico Kaufmanna i studia nad literaturą zakończone magisterium. Obroniła wreszcie i doktorat z filozofii. Przez szereg lat pozostawała korespondentką z USA dla emigracyjnego dziennika „Wiadomości" w Londynie. Uhonorowana została nadaniem przez władze USA pełnych uprawnień kombatanckich wraz z należnymi przywilejami. Jej niezwykłe losy i koleje życia opisał w artykule „Lidka" Andrzej Grądman w "Gazecie Częstochowskiej" oraz w nowojorskim "Nowym Dzienniku". Z A.Grądmanem oraz z serdeczną swą przyjaciółką z częstochowskich lat zmarłą niedawno Ludmiłą Marjańską (z d. Mężnicką) utrzymywała stałe kontakty korespondencyjne. Publikowany w naszym kwartalniku artykuł jest przedrukiem (z niewielkimi zmianami) materiału jaki opublikowała w "Dzienniku Związkowym" w lipcu 2005r.

źrodło: aleje III , X-XII 2005r.-http://www.biblioteka.czest.pl/zbiory/aleje3/2005/aleje_052.pdf / foto i dok: własne archiwum rodzinne /

Wiązanka pięciu bajglów - Lidia Dürr (Zakrzewska)

Kilkadziesiąt, dwadzieścia pięć, może trzydzieści lat temu przeczytałam w jakiejś amerykańskiej książce, że Monte Cassino zdobyli... Australijczycy. Natychmiast napisałam do wydawcy, żeby tę nieścisłość czy celowe kłamstwo sprostować. List mój zignorowano. I słusznie. Takie sprostowanie powinno być wysłane przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji, a nie matkę i gospodynię.

Niemiec, Hans Frank, gubernator naszego kraju pod okupacją niemiecką, napisał w swych przedśmiertnych zwierzeniach, że ma jeden dobry czyn na swoim sumieniu: uratował Jasną Górę od zagłady, gdy Niemcy planowali wysadzić ją w powietrze. Syn tego Franka, Niklas cytował to w swojej, bardzo uczciwie ujętej książce.

Napisałam do Niklasa, że owszem Niemcy podminowali Jasną Górę z wybuchem planowanym na czas rannej mszy, kiedy tysiące wiernych dziękowałoby Bogu za pierwszy dzień wolności, ale uratował ich od zagłady nie morderca Frank, a mój gimnazjalny nauczyciel śpiewu, Edward Mąkosza, który idąc o świcie w stronę kościoła, zauważył pod śniegiem drut. Nogą go odkopał, aż doszedł pod mur. Zaalarmował paulinów i bombę rozładowano.

Zdziwiony brakiem wybuchu, już wtedy były gubernator Frank, zapisał to sobie na swoje konto. Jego syn, pełen wstydu na ojca odpisał na mój list natychmiast:

Gdybym to ja wiedział o tym przed napisaniem mojej książki... Jakie to typowe dla mojego ojca. Eksplozja się nie udała, więc kłamał w Norymberdze, że to on, osobiście, uratował Madonnę częstochowską! Mogę tylko obiecać, że przy drugim wydaniu mojej książki opiszę prawdziwe wydarzenie z dynamitem. Powiedziałem to w wywiadzie z polską TV w moim domu. Jak mi prześlą obiecaną taśmę to ją wyślę pani,

List datowany z Hamburga 23 czerwca 1994 roku. Widocznie taśma nie nadeszła. Czy drugie wydanie książki Niklasa wyszło, nie wiem. Nie jestem dobrze poinformowanym członkiem polskiej organizacji, której celem jest pilnowanie takich spraw.

Rząd niemiecki ma świetnie rozgałęzioną propagandę, która ich wybieliła w ciągu mniej niż pół wieku. Nawet juz są tacy co mówią, że komór gazowych w ogóle nie było! A przecież było w naszym kraju wiele obozów koncentracyjnych! Polacy budowali? Antysemici współpracujący z Niemcami? Nie. Te obozy, budowane na rozkaz morderców dla więzienia Polaków i Żydów, były zakładane w Generalnej Guberni, nie w Polsce. Niemcy piszą, że oni i naziści to dwie różne kategorie ludzi, my powinniśmy wołać, że Generalna Gubernia lat 1939-1945 to nie Polska!

Pisanie listów naprawiających sfałszowaną historię jest dobre, ale nieskuteczne wobec fali kłamstw planowanych z iście germańską dokładnością. Jest na to lekarstwo - powieści i filmy, bo na statystykę i polityczne odwołania jest już za późno.

Czy po wydaniu książki i filmu "Ann Frank" ośmieliłby się ktokolwiek powiedzieć, że Holendrzy to antysemici? Nie. Dla nas już minął czas Pana Tadeusza i Wołodyjowskiego, dla nas powinna być teraz era filmów i powieści, po angielsku, o młodych z AK broniących getta. Fakt to mało znany wśród Polaków. Kto wie, że w getcie zaczęło powstanie ponad 600 walecznych Żydów, a po upadku powstania Niemcy złapali tam, w gruzach getta, ponad 600 Polaków, w tym więcej niż sto kobiet, którzy pomagali swym żydowskim braciom? Ile razy Niemcy otaczający getto żydowskie, pisali raporty o "polskich bandytach"? Jak wynagradzali swoich żołnierzy za znalezienie jakiejś polskiej kryjówki?

Po powstaniu, tych żywych jeszcze "polskich bandytów" Niemcy natychmiast rozstrzelali. A ilu naszych zginęło podczas walki w tym getcie? I dziś świat obwołuje nas antysemitami? Jak my to korygujemy? Nijak. Bo sami nie znamy prawdy. Długo po zakończeniu wojny Miłosz pisał, a potem nawet i deklamował to Żydom, że Polacy o sercach kamiennych (antysemici?) ustawili karuzelę tuż przy murach konającego getta. Prawda, ale o tej prawdzie nie wiedział, bo nie było komu wydawać opowieści na ten temat. Byliśmy zajęci czym innym. Bankietami? A prawda była taka, że nasi AK-owcy z tej tandetnej karuzeli, z jej najwyższego koła, komunikowali się ze zdesperowanymi powstańcami w getcie. Ta karuzela, to nie były kpiny z krwi przelewanej za murem, a pomoc z narażeniem własnego życia! Wiem coś o tym bo byłam w AK. [ * ]

Napisać książkę o tym, wyjaśnić prawdę o karuzeli! Napisałam. Po angielsku "na wynos", żeby nas przestali obwoływać antysemitami. Do dziś trzy powieści leżą w szufladzie. Żadna z polskich organizacji, do których się zwróciłam, nie okazała zainteresowania. Amerykańscy wydawcy nie będą się narażali zwycięskiej niemieckiej propagandzie.

Przed wojną było w Warszawie 450 000 Żydów, drugie największe skupisko po Nowym Jorku. Czy świadczy to o polskim antysemityzmie, czy o dobrym klimacie dla rozwoju? Po wojnie uratowanych Żydów w Polsce było około 60 000 Żeby jeden Żyd mógł się uchować, musiało mu w tym pomagać 5-6 bohaterskich Polaków, którzy w każdej godzinie narażali swoje życie. W sumie około 350 000 Polaków poświęcało się codziennie dla ratowania bliźniego. Antysemici?

Dlaczego pozwalamy, aby mówiono: polscy policjanci pomagali w mordowaniu Żydów? Cytuję niemiecką odezwę z tamtych czasów:

"Niemiecka policja w getcie jest zmuszona używać broń podczas gdy polscy policjanci zachowują się obojętnie i nic nie robią. Jeśli polska policja nie zacznie działać, ukarzemy ich wszystkimi możliwymi środkami jakie mamy do naszej dyspozycji."

Wiem coś o tym, bo mój jedyny 22-letni brat, strażak, [Ryszard Edmund Dürr, ur.1922 - dop.Nandi] zmuszony do podpalenia żydowskich ruin getta, uciekł do partyzantki i zginął, żeby nie podpalać żydowskich domów. Antysemita? Wszyscy znamy szkalujące zdjęcie jak to Polacy walczyli z niemieckimi czołgami na koniku z szabelką. [ ** ] Objaśnienie tego niemieckiego obrazka jest pisane ręką fachowców od ogłupiania. Obrazek, niestety, jest prawdziwy, tylko ilu z nas. Polaków, wie, że ten sfilmowany moment walki pod Kumem uwiecznił desperacką chwilę kiedy to nasz oddział został osaczony i jedyne wyjście miał tylko między tymi czołgami? Pierwsi bohaterowie uniesionymi szablami wskazywali drogę następnym. Wielu padło. Wiem coś o tym, bo mój kuzyn to przeżył. Ile zrobiliśmy, żeby tę propagandę głupoty ukrócić? Jest przecież różnica między idiotycznym atakiem a wskazywaniem drogi wyjścia.


Od lewej: Janina, Lidia, Ryszard, Edmund - 1938 rok

Dwadzieścia lat temu poleciałam na wycieczkę do Izraela. Wstąpiłam do Muzeum Auschwitz. Starsza pani przy kasie zapraszała mnie na koncert, a potem spytała skąd jestem, bo mam akcent. „Z Warszawy, choć już pół wieku mieszkam w Ameryce". „A, wyście tam nic nam nie pomagali". Odwróciła się ode mnie ze wstrętem „Czy ma pani pięć minut czasu?. "Mam".

Byłyśmy same. Zaczęłam szybko opowiadać, że jako szesnastoletnia dziewczyna mieszkałam na rogu Ciepłej i Krochmalnej, na trzecim piętrze, z oknami na getto. Okna zabite gwoździami. Za uchylenie jednego kara śmierci dla wszystkich lokatorów. Z dozorcą włącznie. Lekcje odrabiałam siedząc przy oknie.

Jednego popołudnia, kiedy byłam sama w domu, usłyszałam bardzo ubogi śpiew i ponury akompaniament na gitarze. Grał chłopak, wysoki szkielet w moim wieku. Gitara na sznurku. Patrzył w moje okna. Pokazałam ręką na lewo, na róg gdzie zawsze przy małej bramce stał uzbrojony Niemiec. Chłopak skinął głową, że rozumie.

Pognałam do kuchni, gdzie miałam pięć bajglów, luksus jak na tamte czasy. Nie będę ich rzucała na ziemię, więc zaczęłam je wiązać wszystkie po kolei, na długim sznurku zesupłanym szybko z tych, jakie moja mama zbierała. Z powrotem przy oknie znowu pokazałam na lewo. Gitarzysta kiwał głową, że można.

Ostrożnie i łatwo wyjęłam długie gwoździsko z framugi, jakie moja mama wbiła tam obcasem. Otwieranie okna zajęło mi wiele uderzeń serca. Najpierw uchyliłam na jeden palec, a potem na dwa i zaczęłam spuszczać bajgle. Chłopak pokazał, żeby prędzej, żeby rzucić na ziemię. Ponieważ sznurek się skończył na pierwszym piętrze, rzuciłam. On złapał jeden, ukląkł, a potem się położył na wznak i zaczął pedałować nogami jakby jechał na niewidocznym rowerze. Malutki chłopiec wybiegł z bramy naprzeciwko i złapał ten bajgiel z ręki gitarzysty, ale zmarły nie puszczał.

Raz jeszcze głodne dziecko szarpnęło i z jednym bajglem w ręce i czterema wlokącymi się po ulicy dobiegło do swojej bramy. Wtedy usłyszałam tupanie podbitych butów na schodach. Sięgnęłam po mój szkolny płaszcz i zaczęłam wciągać prawą rękę w rękaw, ale walenie do drzwi kolbą było paraliżujące.

Otworzyłam drzwi. Rozwścieczony Niemiec wrzeszczał: "Polskie psy Żydów karmią". Zaczęłam mówić, że to tylko ja, sama, że ani mamy, ani brata, ani babci nie ma w domu, że lokatorzy nie winni, a tylko ja. "Gdzie? Dokąd?" - warknął pokazując na mój na wpół ubrany płaszcz. "Idę z panem, żeby mnie pan zabił, bo to tylko ja, ja sama. Mama i lokatorzy nie winni". Palnął mnie pięścią w tę schowaną w prawym rękawie rękę. Płaszcz upadł na ziemię. Niemiec zbiegł na dół. Dozorca za nim. Powoli zamykały się szparki w dwóch drzwiach sąsiadów. Po tym niewytłumaczonym incydencie, wszyscy sąsiedzi przestali się kłaniać mojej mamie, bo wychowała „niebezpieczną" dziewczynę.
"Tyś go zabiła tymi bajglami" - mama wykrzyknęła w czasie jednej z naszych kłótni na ten temat. Ja się rozpłakałam. Kiedy mama wyszła z pokoju, brat szepnął: "Nie płacz. On umarł szczęśliwy z twoim bajglem w ręku"

Moja rozmówczyni w Izraelu miała łzy w oczach. Uściskałyśmy się. Nic tak nic działa na oszczerstwa antysemityzmu, jak prawda.

Francja, państwo większe od naszego, miała podziemie o dziesięć razy mniejsze od naszego. Jako kilkunastoletnia łączniczka AK dumna byłam, że mieliśmy nawet skocznię spadochronową w lesie! Proszę mi powiedzieć, jaki Amerykanin dzisiaj wie, że było inne podziemie, poza francuskim? Jeśli nie zrobimy dzisiaj nic na te smutne oszczerstwa, za dziesięć lat nasze dzieci czy wnuki będą się wstydziły polskiego pochodzenia. Oby do tego nigdy nie doszło, bo my to nie naród prześladowców.

Jeszcze jest czas na jakiś wspaniały film, na jakąś wielką powieść. Mamy wspaniałych pisarzy, dramaturgów, muzyków i mamy naszych milionerów, którzy na dobrą sprawę nie poskąpią pomocy. Obyśmy tylko jak najszybciej obudzili się z drzemki, góralskich tańców i smacznych polskich bankietów, kiedy nas szkalują i zasypują kłamstwami.

Lidia Zakrzewska.

linki

źrodło: aleje III , X-XII 2005r./ foto i dok: własne archiwum rodzinne /

Inne artykuły Lidii Zakrzewski

różne okresy

Galeria [ artki/lidia_durr ]   

Lidia_AMON_cz1.jpg

[1] Lidia_AMON_cz1.jpg

Opis: Opowiadania Lidii Durr Zakrzewskiej. Przykłady.

Lidia_AMON_cz2.jpg

[2] Lidia_AMON_cz2.jpg

Opis: Opowiadania Lidii Durr Zakrzewskiej. Przykłady.

Lidia_FIGURKA.jpg

[3] Lidia_FIGURKA.jpg

Opis: Opowiadania Lidii Durr Zakrzewskiej. Przykłady.

Lidia_OSOBISTE.jpg

[4] Lidia_OSOBISTE.jpg

Opis: Opowiadania Lidii Durr Zakrzewskiej. Przykłady.

Lidia_WUJEK.jpg

[5] Lidia_WUJEK.jpg

Opis: Opowiadania Lidii Durr Zakrzewskiej. Przykłady.

plikow: 5

Gazeta Częstochowska. 1996 r. Artykuł o Lidii.

Lidka przyszła na świat w 1924 roku, w mieszkaniu przy ul. Wesołej na Zawodziu, po pierworodnym bracie Ryszardzie, jako córka Edmunda Dürr i Janiny Murzynowskiej de domo. Ojciec jej, zawodowy oficer WP, podporządkowany był rygorom swej służby o specjalnym i bardzo odpowiedzialnym charakterze. Rodzina Dürrów przeniosla się więc na kilka lat do Skierniewic, Rawy Mazowieckiej i Łodzi, by w latach trzydziestych powrócić ponownie do Częstochowy i zamieszkać we własnym domku przy ul. Mazowieckiej.

Beztrosko mijało dzieciństwo i czasy szkolne Lidki. Od niepamiętnych lat pobierała naukę gry na fortepianie, imponując piszącemu te wspomnienia prezentowaniem “Zaproszenia do Tańca” K.M. Webera. Podjęła później naukę w gimnazjum żeńskim im. J. Słowackiego. W 1937 roku mjr Edmund Dürr podlegając kolejnym rozkazom, przeszedł ze służby wojskowej w stan spoczynku. Przeniósł się wraz z rodziną do Warszawy i tam objął stanowisko komendanta Policji Pieszej Ruchu i oddziałów Policji Konnej. W 1938 roku Lidka zdała bez trudu egzamin do Warszawskiego Konserwatorium Muzycznego, kształcąc się nadal w pianistyce u prof. Wasowskiej, a następnie u słynnej prof. Margarity Trombini-Kazuro. Jej muzyczną koleżanką z tej samej klasy była między innymi Barbara Hesse (później Bukowska).

W czasie wrześniowej zawieruchy wojennej w 1939 roku, Edmund Dürr skierowany został wraz z policyjną kadrą dowódczą na Kresy Wschodnie, pozostawiając swą rodzinę w Warszawie. Dostał się do niewoli sowieckiej, gdzie poddawany był badaniom przez NKWD. Ostatni ślad po nim zawarty został w kartotece ofiar z Miednoje pod datą 22.04.1940 r. z adnotacją "Edmund Chrystianovich Dyrr, rok ur. 1894, nr ewid. 045/2". Nie doczekał się niestety dotąd należnego mu miejsca na płytach grobu-symbolu ofiar katyńskich w głównej alei cmentarza Kule. Jego nazwisko wyryte zostało jedynie pro-memoria – na płycie grobu rodzinnego, gdzie spoczywa jego żona, a matka Lidki.

Lata okupacyjne przebiegały w sposób właściwy dla patriotycznej młodzieży tamtych roczników. Lidka uczęszczała na komplety tajnego nauczania, kształciła się nadal artystycznie u prof. Trombini-Kazuro, no i… konspirowała. Od 1942 r. była łączniczką 3 Batalionu Pancernego Armii Krajowej, często użyczając rodzinnego mieszkania przy ul. Krochmalnej na zbiórki i odprawy oddziału. Jej starszy brat Ryszard – także żołnierz AK – zginął w partyzanckiej potyczce pod Bugiem w maju 1944 roku, odznaczony pośmiertnie Krzyżem Zasługi. Dzielnie walczyła Lidka w Powstaniu Warszawskim, na Politechnice. Odznaczono ją Krzyżem Walecznych. Po upadku Powstania dostała się do obozu jenieckiego w Niemczech. Wyzwoliły ją stamtąd oddziały wojsk angielskich co stało się pomocne, by znaleźć się w Londynie.

Zawarła związek małżeński i wywędrowała wraz z mężem do USA. Tam zgodnie z dewizą “co rok prorok” urodziła czterech synów. Niestety, małżeństwo Lidii Dürr-Zakrzewskiej rozsypało się i została sama z czwórką synów, w sytuacji zgoła nieciekawej. Zaliczywszy wcześniej jeszcze studia pianistyczne w londyńskiej Guildhall School of Music and Drama – podjęła pracę pedagogiczną w amerykańskim Keene State College N.H. a następnie w Konserwatorium w Bostonie. To niepojęte – skąd tyle sił ujawniło się w naszej dzielnej częstochowiance o skromnej posturze I nienajlepszym zdrowiu, obarczonej na dodatek licznym potomstwem? Lidka zaliczyła jeszcze 3 lata rzeźby u samego wielkiego prof. Mico Kaufmanna, studia nad literaturą w Wesleyan College i Riviere College. Podjęła też działalność publicystyczną, będąc korespondentką amerykańską dla polskiego dziennika "Wiadomości" wydawanego w Londynie, dokąd licznie spływały i gdzie publikowane były jej felietony i opowiadania. Zaliczyła również korespondencyjne magisterium, a w 1969 roku doktorat z filozofii na Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie w Londynie. Pisząc w jednym z listów do mnie tak podsumowuje tamte lata: "Musiałam lecieć do Londynu, by obronić pracę doktorską. Był to czas, kiedy bank dobierał się do naszego domu, a pan Z. nie płacił żadnych alimentów. Sama chłopaków wychowałam. Nie wiem jak. Przez przypadek miałam pożar w kuchni i ubezpieczenie fundnęło mi bilet"

Korespondencja między USA i Częstochową była nie tyle liczna, co regularna. Kiedyś do rąk moich dotarło zdjęcie czwórki chłopców Lidki. Wszyscy wystrojeni zostali w oryginalne mundury polskie z czasów Księstwa Warszawskiego; każdy w czako ułańskim na głowie. Kosztowny pomysł uszycia takich mundurów do fotografii wydał mi się całkiem zwariowany, czego nie ukrywałem w swym kolejnym liście do USA. Odpowiedź przyszła szybko: "Te mundury moi chłopcy noszą z każdej uroczystej okazji: polskich świąt narodowych, rocznic, urodzin, imienin itp. Idą w nich nawet do szkoły, by amerykańscy koledzy i nauczyciele mogli zauważyć, że ten młody polak obchodzi właśnie jakieś swe święto".

Dziś są to już ludzie dorośli, dobrze wychowani przez matkę i wypuszczeni przez nią w świat: Wojtek mieszka w Vermont, Szczepan w Ohio, Maciek w New Hampshire, a Jacek w Arizonie. Pani dr Zakrzewska jest zaś szczęśliwą babką aż 10 wnucząt, które są jej dumą.

Lidka nie ustaje dotąd w różnorodnej działalności publicznej – często charytatywnej. Czy wydarzyło się to w czasie prowadzonych badań do doktoratu, czy było efektem osobistych ciężkich doświadczeń życiowych? Nie wiadomo. Od 21 lat jest gorącą wyznawczynią Kościoła Jezusa Chrystusa, Świętych w Dniach Ostatnich – zwanego popularnie wiarą Mormonów. Tam też przez ostanie 11 lat nauczała jęz. Polskiego i religii na mormońskim Brigham Young University w Provo, Utah.

Do jednego z ostatnich listów z USA dołączony był niezwykły dodatek. Jest to pierwsza strona amerykańskiego dziennika "The Spectrum". Zamieszczono na niej artykuł opatrzony zdjęciami, o nadaniu dr Lidii Zakrzewskiej pełni uprawnień kombatanckich USA. Amerykański wicekomandor Związku Kombatantów wręczył jej z tej okazji uroczyście gwiaździstą flagę USA, która towarzyszyć jej ma za życia i po śmierci, powiem nakryta nią zostanie trumna naszej Bohaterki w czasie pogrzebowego ceremoniału z udziałem kompanii honorowej Armii USA, hejnałem, salutem itd. Brrr.. makabryczna to tradycja, jak na nasze polskie obyczaje!

Żyj nam więc w zdrowiu i spokoju Lidko wiele jeszcze lat, a owa złożona w trójkąt amerykańska flaga niech towarzyszy Ci w stanie nienaruszonym w wielu życiowych okazjach, działaniach i pasjach – jak najdłużej!

A.WIESZAWA

źrodło: Gazeta Częstochowska. Tygodnik Regionalny. - 6, nr 39 (1996) s. 1,17

 

Komentarze

Dodaj komentarz:   [podstrona: art_piec_bajglow]

Nick / Imię:

Treść komentarza: (max 1000 znaków)



Przepisz powyższe cyfry:

 

Użytkowniku, pamietaj, że w internecie nie jesteś anonimowy.
Ponosisz pełną odpowiedzialność za treści zamieszczane w swoich komentarzach.
Jeśli zauważyłeś, że któraś z opinii łamie prawo lub dobre obyczaje
[powiadom mnie o tym]
Usuwam przypadki nadużyć, umieszczania reklam, linków do stron www, wulgaryzmów lub treści naruszających prawo.

 

ilość komentarzy: 0



^ ^ Do góry - hop! ^ ^