Strona Nandiego

foto + graf + blog

Wtorek, 19 września 2017 roku. Imieniny: Konstancja, January



SYSTEM

Jeden z rozdziałów książki Gabriela Maciejewskiego: "Baśń jak niedźwiedź"
Serdecznie polecam! Link do wydawcy na dole strony.

NIGDZIE tak jak w nauce nie było widać tej ogromnej pogardy dla indywidualnych osiągnięć i wielkich talentów. W dziedzinach kluczowych, ważnych dla przemysłu, dla rozwoju techniki, dla ukochanego przez przodujący ustrój postępu, czerwoni przechodzili samych siebie. To już nawet nie były szykany, to była po prostu zimna nienawiść skierowana przeciwko tym, którzy lepiej czytają, szybciej się uczą, potrafią więcej zapamiętać i mają swobodniejszy nieco styl wypowiedzi. Istotę tego, o czym mówię, łatwo było zauważyć, widząc jak towarzysz Wiesław zachowuje się w obecności skonstruowanej przez inżyniera Jacka Karpińskiego maszyny do rozwiązywania równań różniczkowych o nazwie AKAT-1. Maszyna wygląda imponująco nawet dziś, kiedy oglądamy ją w muzeum techniki, a towarzysz Wiesław jest przy niej niczym Hotentota, który napotkał latający talerz na pustyni i usiłuje nawiązać z nim kontakt werbalny. Podnosi się z miejsca, zaraz siada, znowu się podnosi, kręci głową z niedowierzaniem, pochyla się ku jakiemuś pomniejszemu kacykowi, by ten po cichutku wyjaśnił mu, o co chodzi. Stojący przy białej tablicy inżynier spokojnie i prosto tłumaczy towarzyszom Gomułce i Cyrankiewiczowi sposób, w jaki działa maszyna i - co zrozumiałe - wywołuje tym popłoch. Gdyby nie świta, która wraz z najwyższymi w państwie dostojnikami pojawiła się w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki, towarzysze Gomułka i Cyrankiewicz uciekliby stamtąd ile sił w nogach. Maszyna co prawda nie gada, ale na monitorze pojawiają się takie dziwne światełka i coś w środku mruczy. Towarzysze niby wierzą w postęp i uważają, że jest to idea słuszna, ale, cholera, nie przewidzieli, że ten cały postęp jest aż tak postępowy, że idzie to wszystko w tej elektronice tak szybko, że nawet Cyrankiewicz nie rozumie o co chodzi, a wszyscy przecież wiedzą, że bystry z niego chłop i dobrze rozwiązuje krzyżówki.

Zostawmy na razie towarzyszy dostojników ich własnemu losowi i przyjrzyjmy się inżynierowi, który zbudował tę dziwną maszynę. Człowiek ten nazywa się Jacek Karpiński. Jest elektronikiem, inżynierem. Zanim zbudował AKAT-1, stworzył inną dziwną maszynę, która potrafiła przepowiadać pogodę. Było to w roku 1957, w tym samym roku, w którym Polacy pokonali drużynę radziecką na Stadionie Śląskim. Samotny i nieznany nikomu człowiek zbudował maszynę, o jakiej nie śniło się wtedy nikomu. Maszyna ta poprawiła przewidywalność prognoz pogody o 10 procent, nazywała się AAH i dziś nikt już o niej nie pamięta. Tak samo jak nikt nie pamięta o jej konstruktorze, inżynierze Karpińskim. Zmarłym niedawno przecież i wstydliwie zmilczanym geniuszu, który nie trafił w swój czas. To znaczy trafił, bo każdy trafia, ale wybuchła wojna i Jacek Karpiński miast rozpocząć naukę w renomowanych szkołach, rozpoczął malowanie na murach napisów o treści "Tylko świnie siedzą w kinie" i podobnych. W miarę jak Niemcy czuli się w Warszawie coraz pewniej, przybywało młodemu Karpińskiemu zadań do wykonania. W roku 1943 szedł na przykład za wozem drabiniastym, na którym leżały zwłoki. Przez cały czas ręka trupa opadała i "Mały Jacek" - tak brzmiał jego pseudonim - poprawiał tę rękę, układał ją na wozie. Szli tak wiele kilometrów, bo też i zmarły, którego konwojowali, nie był byle kim. Nazywał się Tadeusz Zawadzki, pseudonim konspiracyjny „Zośka".

(...) A czym jest naród bez kultury? Jest sławne powiedzenie Churchilla, który zapytany w czasie wojny, czy można zabrać trochę pieniędzy z kultury na armaty, powiedział: "no dobrze, ale czego wtedy będziemy bronić?". Dziś się tego prawie nie rozumie. Przez ostatnie osiem lat nastąpiło straszliwe wyjałowienie społeczeństwa (...)
- Jerzy Zelnik (aktor, reżyser)

Rok później, w początkach sierpnia 1944 "Mały Jacek", przyjaciel Krzysztofa Kamila Baczyńskiego wiózł tramwajem broń i amunicję. Kiedy wysiadł z wozu, niemiecki snajper trafił go w kręgosłup. Tak się dla przyszłego wynalazcy zakończyło Powstanie Warszawskie. Pełnej władzy nad swoim ciałem nie odzyskał już nigdy, w późnym wieku przestał w ogóle chodzić, poruszał się jedynie po mieszkaniu, a jego skromne dochody nie pozwalały na to, by korzystać z fizjoterapii. Zanim jednak usiadł na wózku inwalidzkim, był przez trzy dekady wyrzutem sumienia komunistycznych władz, także tych władz, które siadły za sterami państwa po roku 1989 i nazwały Polskę "wolną wreszcie ojczyzną", przy czym akcent w zdaniu padał na słowo "wreszcie". W czasie kiedy Jacek Karpiński tłumaczył towarzyszom Gomułce i Cyrankiewiczowi jak działa maszyna do rozwiązywania równań różniczkowych - co miało tyle sensu, ile ma próba zmuszenia do wykonania komendy "aport" warana z Komodo - był u progu swojego największego sukcesu, sukcesu, który staraniem wielu osób wrażliwych na dobro i los polskiej gospodarki, zamienił się w klęskę totalną. Żeby to jednak zrozumieć, trzeba powiedzieć słów kilka o tym, czym były państwa tak zwanej demokracji ludowej. Trzeba to powiedzieć koniecznie, bo wielu już zapomniało, a młodzi w ogóle nie wiedzą, czym się do tej "demokracji ludowej" zabrać. Jakim narzędziem. Najlepszy byłby karabin, ale poruszamy się teraz po obszarach znacznie subtelniejszych niż pola, przez które wędrował pułkownik Jerzy Dąmbrowski, ścigając bolszewików w roku 1920. Właściwym więc narzędziem będzie to, które każdy z nas ma w domu - komputer.

W roku 1970 Jacek Karpiński, inżynier z Polski, który miał do dyspozycji siedmioosobowy zespół i piwnice Instytutu Fizyki, zabrał się za konstruowanie ni mniej, ni więcej tylko przenośnego, walizkowego komputera właśnie. Takiego peceta, tyle że innego trochę kształtu. Praca nad tym cudem trwała całe trzy lata. Komputer powstał i nosił nazwę K-202. Była to, jak na owe czasy, prawdziwa rewelacja. Pamięć stała, pamięć operacyjna, K-202 był do tego szybszy niż wypuszczone na rynek dziesięć lat później pecety IBM. Można go było zwalić ze stołu na podłogę i nic się nie działo. Nie psuł się. Można było nań wylać kawę, a urządzenie pracowało nadal. Karpiński zaprezentował je na targach poznańskich, w małym stoisku ustawionym tuż obok dużego boksu firmy produkującej najsłynniejszy ówczesny komputer "Odra", olbrzymi, mastodontalny twór, który trudno było skojarzyć z tak kochanym przez towarzyszy postępem. Tak się jakoś złożyło, że to przy stoisku Karpińskiego zatrzymał się ówczesny włodarz państwa, towarzysz Gierek, stał tam ponoć całe piętnaście minut i z uwagą, o którą trudno było podejrzewać Gomułkę i Cyrankiewicza razem wziętych, słuchał, co Karpiński ma do powiedzenia. Potem zaś - co powtarzane jest w anegdotach i artykułach prasowych do znudzenia - zapytał towarzysz Gierek, czy Karpiński może produkować swój komputer masowo. Pytanie było głupie i nie na miejscu jak wszystko w systemie, bo przecież w PRL bez zgody towarzyszy z KC nie można było otworzyć warzywniaka, a co dopiero mówić o produkcji jakichś tam mądrych maszyn. Karpiński, o czym także ciągle przypominają jego przyjaciele, zadał towarzyszowi Gierkowi jedno tylko pytanie - A pomożecie?

Zaambarasowany Gierek, który nie tak dawno sam darł się do robotników z trybuny - pomożecie?!!! musiał odpowiedzieć tak, jak wtedy ci robotnicy - pomożemy! No i na początku rzeczywiście pomagał. Wypuszczono na rynek kilka sztuk, które zostały natychmiast wykupione przez ważne urzędy i administrację wojskową. K-202 wskutek rozmaitych intryg odbywających się poza towarzyszem Gierkiem, który był zapracowany i stale zajęty, musiał być produkowany w koprodukcji z Brytyjczykami. Dzięki tym ostatnim właśnie władze nie pozbawiły Karpińskiego pracy przy jego własnym wynalazku, co stać się mogło bardzo łatwo, albowiem w systemie socjalistycznym istotne było nie to czy wynalazca jest geniuszem, ale to czy ma on właściwe powiązania z właściwymi ludźmi. Karpiński, ze względu na to, co było powiedziane już na początku, czyli na tę rękę trupa zwisającą z wozu, na ten postrzał w kręgosłup oraz ze względu na fakt, iż siedział w jednej ławce z Baczyńskim, nie miał właściwych powiązań. Jedyne na co mógł liczyć, to podziw i szczere uznanie wstrętnych ustrojowi i jego funkcjonariuszom kapitalistów. Oni to zdecydowali, że produkcję osobistego komputera K-202 nadzorował będzie inżynier Jacek Karpiński, a nie ktoś kogo polecą wojewódzkie lub krajowe struktury przodującej organizacji.

Nie trwało to jednak długo, ponieważ cierpliwość istot prymitywnych i zawistnych wyczerpuje się nadzwyczaj szybko. Karpińskiego więc zwolniono, jego papiery i maszyny skonfiskowano, a jego samego wyprowadzono pod karabinami z zakładów Mera, które produkowały jednostkę K-202. Jeśliby ktoś pomyślał, że na miejsce inżyniera, który był osobistym znajomym Krzysztofa Kamila Baczyńskiego wszedł jakiś inny inżynier, który był osobistym znajomym, dajmy na to Maryli Rodowicz, ten jest niestety w błędzie. Nie da się ukraść całej dokumentacji i nie da się jej wdrożyć w życie, tak by ktoś nie wytknął oszustwa palcem. W projekcie brały udział firmy brytyjskie, które na pewno zaprotestowałyby przeciwko takim praktykom. Karpińskiego po prostu odsunięto, jego projekt został zarzucony, a dokumentacja - i to jest w tej historii najważniejsze - stała się przedmiotem wnikliwych studiów uczonych radzieckich, o których cała Polska opowiadała sobie wtedy dowcipy i śpiewała piosenki. Tak jak to było w tych dowcipach i piosenkach, wysiłki bratnich mózgów nie poradziły sobie z całością zagadnienia i K-202 nie został skopiowany w Związku Radzieckim tak jak to się działo z innymi wykradanymi na całym świecie projektami.



POLECAM PRZECZYTANIE CAŁEJ KSIĄŻKI !
http://coryllus.pl/?page_id=69


Cóż się stało ze zwolnionym Jackiem Karpińskim? Wyjechał gdzieś na Warmię, zamieszkał z żoną w starej chałupie i zaczął hodować kury oraz świnie. Kiedy pytano go, co robi przy tych świniach, odpowiadał, że z nimi rozmawia, mówił także, że lepsze są prawdziwe świnie od świń udawanych. Miał także w swoim życiorysie inżynier Karpiński epizod emigracyjny. Pracował przez jakiś czas w Szwajcarii w słynnej fabryce magnetofonów inżyniera Kudelskiego. Do kraju wrócił w roku 1990, z taką samą nadzieją, jaką mieliśmy wszyscy, że wreszcie doczekaliśmy się wolności. Jak fałszywe było to przeświadczenie, Jacek Karpiński przekonał się wkrótce. Uczyniono go co prawda doradcą ministrów Balcerowicza i Olechowskiego, skonstruował robota sterowanego głosem i ręczny skaner do wczytywania tekstu linijka po linijce zwany pen-readerem, ale nikt nie był zainteresowany wdrażaniem jego projektów do produkcji. Lata dziewięćdziesiąte to czas intensywnego psucia polskiego przemysłu, pastwienia się nad polską myślą techniczną, czas propagandy głoszącej, że kapitał nie ma narodowości, że trzeba wszystko sprywatyzować i wtedy będzie dobrze. Najpierw sprywatyzowano banki i do jednego z tych sprywatyzowanych banków udał się po kredyt Jacek Karpiński. Kredytu mu udzielono, po czym w okolicznościach nader niejasnych zażądano jego spłaty. Kiedy zaś ta nie nastąpiła, zlicytowano dom Karpińskiego w Aninie. Gdy on sam nie chciał opuścić swojej pracowni, mimo że bank sprzedał już posesję komuś innemu, zerwano dach z tego domu i ludność okoliczna mogła zobaczyć widok rzadki i przerażający, niestety niezarejestrowany przez nikogo na taśmie filmowej. Oto, geniusz, wynalazca, doradca dwóch ministrów, człowiek znany za granicą, laureat nagród i kawaler krzyży został zlicytowany przez bank. Zerwano dach nad jego głową, a on siedzi nadal przed swoją maszyną liczącą i pracuje, chroniąc się przed deszczem za pomocą czarnego parasola.

Kiedy czytamy artykuły poświęcone temu etapowi życia Jacka Karpińskiego, uderza nas forma, w jakiś autorzy informują o tej tragedii, o tej grozie i podłości. Oto człowiek, o którym mówiono, że nie trafił w swój czas, bo żył w PRL, państwie inwestującym w przemysł i elektronikę, chce wdrażać swoje wynalazki w państwie polskim, które odcina się od PRL i na około rozgłasza, iż jest wolne, sprawiedliwe, praworządne oraz kocha swoich obywateli. Człowiek, który nie mógł pomóc państwu komunistycznemu, bo ono w istocie go nie potrzebowało, chce pomóc temu drugiemu państwu, ale ono także go nie potrzebuje, ono także w istocie swojej nie chce takich Karpińskich, bo oni temu państwu przeszkadzają w jego ważnych planach i zamierzeniach. I nie mówcie mi, że zlicytowano Karpińskiego, bo nie płacił. Gdyby swoje pomysły przedstawił w Rosji i był jeszcze do tego Rosjaninem, nikt by go nie zlicytował. Nikt by nawet o tym nie pomyślał. Niestety, nikt nie zarejestrował zachowania się ministrów Balcerowicza i Olechowskiego w obecności robota sterowanego głosem, którego wynalazł Karpiński, tak jak to miało miejsce w przypadku towarzyszy Gomułki i Cyrankiewicza oraz urządzenia AKAT-1. Szkoda, bo jestem pewien, że oba obrazy korespondowałby ze sobą wyraźnie i silnie.

O Jacku Karpińskim przypomniano sobie jeszcze w roku 2009, kiedy prezydent Kaczyński wręczył mu Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Czynność tę powtórzył prezydent Komorowski rok później, tyle, że krzyż wręczony Karpińskiemu w roku 2010 miał zupełnie inny charakter - był odznaczeniem pośmiertnym. Jacek Karpiński, który, by jakoś żyć, produkował witryny internetowe, zmarł 21 lutego 2010 roku. Miał 83 lata. Dramat i niespełnienie w jego życiu polegały na tym, że nie mógł jakoś wynieść się na stałe z Polski. W latach 1961/1962 przebywał w USA, studiując m.in. na Harvardzie i Massachusetts Institute of Technology. Złożono mu propozycję szalenie atrakcyjną - miał rozpocząć karierę akademicką w USA, ale wrócił, bo wierzył, że w Polsce będzie mógł zrobić coś pożytecznego. W latach dziewięćdziesiątych, po tak zwanej zmianie ustroju, Karpiński również wrócił ze Szwajcarii. Miał tę samą nadzieję. Absurdalną, jak się okazało. Nadaremną.

Gabriel Maciejewski

autor: Gabriel Maciejewski (2011 r.) / autor ilustracji i okładki: Tomasz Bereźnicki / Klinika Języka

Co się stało z polskim Billem Gatesem

Polski Bill Gates, który hodował świnie

Linki

 

Komentarze

Dodaj komentarz:   [podstrona: art_system]

Nick / Imię:

Treść komentarza: (max 1000 znaków)



Przepisz powyższe cyfry:

 

Użytkowniku, pamietaj, że w internecie nie jesteś anonimowy.
Ponosisz pełną odpowiedzialność za treści zamieszczane w swoich komentarzach.
Jeśli zauważyłeś, że któraś z opinii łamie prawo lub dobre obyczaje
[powiadom mnie o tym]
Usuwam przypadki nadużyć, umieszczania reklam, linków do stron www, wulgaryzmów lub treści naruszających prawo.

 

ilość komentarzy: 0



^ ^ Do góry - hop! ^ ^